platforma blogowa portalu
kurier poranny

Hau, hau – znaczy I love you?

Walentynki jeszcze wyraźniej pokazały, że miłość schodzi na psy – powiedziała refleksyjnie moja znajoma. 14 lutego jej mąż kupił po drobiazgu dla żony, córki i psa. Suki.
- Paranoja – powie kobieć, przyzwyczajona do mężowskich atencji.
- Lepiej dostać prezent z psem niż wcale – podsumuje żona,  której mąż jeśli już kupi, to patelnię, fartuch kuchenny lub zestaw soln.
Ale powiedzenia: miłość schodzi na psy ma też inne, mocno ciepłe (uczuciowo) odniesienia. Prawdziwą frajde sprawiło mi np. obserwowanie chorych dziecfi w jednym z łmżyńskich bodajże ośrodków terapeutycznych, ktore dostały pod opiekę szczeniaka goldena. To naprawde był widok na “łapy, które leczą”.
Taka dogoterapia to naprawdę fantastyczna sprawa. Podobno równie kapitalne znaczenia ma dla chorych dzieci hipoterapia. Tyle, że ma jedną zasdnicza wadę: trudno konia trzymać w domu i jest to zdecydowanie bardziej kosztowne. 
No cóż, powiedzmy to jeszcze raz: niech żyją psy! W większości z nas wyzwalają tyle dobrego.
 

 

Azor w wersji Alfa i Beta

Wiadomość o tym, że amerykańskie małżeństwo sklonowało swoje zmarłego psa, wydając na to 155 tysięcy dolarów, rozbudziła żywą dyskusję.
Mnie też poruszyła. Zastanowiłam się, czy sama zrobiłabym coś takiego.
Pierwsza i oczywista odpowiedź była NIE, bo. na oczy nie widziałam takiej
kasy. Ale umówmy się, że mam takową kwotę i nie muszę jej akurat przeznaczać na bardziej słuszny cel. Czy wydając ją na klona, dałabym dowód jak bardzo kochałam jego poprzednika czy też – jak bardzo kocham siebie? Bo przecież klon jest tylko taki sam jak poprzedni pies: ma pewnie takie same łatki, taki sam ogon, może takie samo usposobienie. Ale nie mamy wspólnych wspomnień. Nawet jeśli pies jest taki sam, jak poprzednik, to  my nie jesteśmy tacy sami. To tak jak z dziećmi – każde kolejne ten sam rodzic wychowuje jednak ciut inaczej, bo sam się zmienia..
Bez względu na to, jakie cechy przenosiłby klon ze swojego poprzednika, to
też wobec niego jest nieuczciwe – bo szukamy w nim nie jego, tylko własnych wspomnień po innej istocie.
Ale jednak. Spójrzmy prawdzie w oczy. Poza dwoma psami, które mam, miałam już trzy. Dwa razy owczarka collie i raz 60-kilowego stróża moskiewskiego.
Dlaczego miałam tego drugiego collie? Bo przez 12 lat nosiłam w sobie
wspomnienie po tym poprzednim.
Ale jednak jestem pewna – może właśnie na tym polega miłość do drugiej istoty, że jest to uczucie niepowtarzalne. Inaczej byłoby banałem
pozbawionym wartości.
Dobra, dosyć tej filozofii.
Najważniejsze w klonowaniu jest chyba jednak ustalenie, kogo na pewno nie
klonować. Powiedzcie Państwo, tak szczerze, kogo byście wpisali na tę listę.

A pies ci mordę lizał

A pies ci mordę lizał. Łżesz ja pies… Nie, nie mam zamiaru pisać o tym co jeden polityk powiedział drugiemu. To nie są nasi pupile, tylko (jakem politolog) zło konieczne. Aczkolwiek, bądźmy sprawiedliwi – są egzemplarze ze znakiem Q, ale i są ze znakiem ku….(rzej stopy, bo to wszak blog „zwierzęcy”).

Otóż chcę pochylić rozgorączkowany wirusem grypy łebek nad naszym psów widzeniem (tu przeprosiny dla tych z Państwa, którzy chcieli przeczytać ten blog już po zapowiedzi w Porannym parę dni temu – niestety, film mi się urwał; z przedawkowania temperatury) .

Psu na budę takie rzeczy… Pogoda pod psem… Zejść na psy…

Te wszystkie powiedzonka są o … największym przyjacielu człowieka! Biedaku narażonym na kocią pogardę z powodu oddania tejże istocie ludzkiej. Biedaku, który dla ogrodnika  sam nie ruszy i innemu nie da!

Można za tym nie przepadać (jak np. ja), ale lizanie przez psa, to wyraz sympatii. Więc skąd te negatywne podteksty? No, chyba, że chodzi o TĘ MORDĘ. Polityczną mordę, Mordo Ty Nasza? I stąd obraźliwość powiedzonka.

Albo: łżesz jak pies. Bzdura. Merda – to merda. Warczy – to warczy. Owszem, może być przyjazny, a nagle mu odbija i zrobi krzywdę, ale to nie kłamstwo. Jak już kiedyś pisałam – pies, psiak, psiaczek, to ciągle  zwierzę. Bywa niebezpieczne, ale nie zakłamane.

A gdy pogoda jest pod psem, to pod jakim? Wymowa, że pod złym. Czyli co? Pod basetem lub jamnikiem – mogłoby oznaczać, że ciśnienie niskie, a noc dłuuuga. A jak leje, to jaka rasa?

Psu na budę takie gadanie – te przysłowia są po prostu o człowieku, nie o psie. O tym, że jesteśmy psiej przyjaźni często niegodni. Że oddajemy swoich wieloletnich przyjaciół do schronisk.. Zostawiamy w lesie… Traktujemy jak zabawki czy dodatek do budy.

Pieski żywot z nami mają.

A swoją drogą z tym schodzeniem na psy, to czasem by było niegłupio. W moim przypadku oznacza to miejsce na bardzo wygodnym tapczanie. Ale oddam swoim czworonogom sprawiedliwość – jak się tam umoszczę, to mnie tolerują. J

… i Bóg stworzył człowieka. Dla sikorek

Czy w okresie zimowego dokarmiania stworzeń zdajecie sobie Państwo sprawę ze zwierzęcego magnetyzmu orzechów włoskich? To popatrzcie jak one przyciągają wiewórki, wrony, psy. I ludzi.

Spostrzeżenie to dopadło mnie w czasie świąt zbieżnym z czasem tęgich mrozów.

Otóż święta to dla mnie pora robienia piernika, oczywiscie maksymalnie nadzianego orzechami włoskimi. Piernik takowy wykazuje ogromną siłę przyciągania pełnoletnich i nieletnich członków rodziny. To pierwszy dowód na magnetyzm orzechów włoskich.  Pozostałe (dowody) znajdowałam na balkonie, gdzie ustawiłam skrzynię z tymiż orzechami. Ogrodowe drzewo nawet w złych latach sypie bowiem orzechami na potęgę, co pozwala obdzielić krewnych, znajomych i jeszcze odłożyć dla zaoprzjaźnionego wiewióra. Wiewór od lat wie, że właśnie na balkonie czeka na niego zimowy zapasik. I ruda kita, rozpuszczona już jak dziadowski bicz, po prostu pojawia się co rano od późnej jesieni, wybiera orzecha, włazi bezczelnie na gałąź bzu przed kuchennym oknem i drażni moja sukę swoim widokiem. Suka stoi na kanapie pod oknem z łapami na parapecie i przeżywa. Nie tylko to, że rude kiwa jej ogonem przed nosem (choć za szybą), ale i to, że rude żre orzecha. Bo moje psy też uwielbiają łupać skorupy! Wybierają je jak tylko mogą ze skrzyni na balkonie i pochłaniają rozanielone.

To nie wszystko. Zwierzęcy magnetyzm orzechów włoskich działa też na kruki? wrony? Te czarne ptaszyska, które oblegają miejskie trawniki.  Owe “wyfraczone” stworzenia od dawna wiedzą, że orzech jest w moim ogrodzie. Zbierają orzechy i rozbijają je o chodnik lub dach domu. Gdy sypnęło śniegiem, wykryły, że na podłogę balkonu nie pada i tam tłuką sobie bakalie!

Patrzcie Państwo ile już gatunków ziemskich istot najada się pokarmem z tego samego drzewa…

Zapytacie, co mają do tego sikorki? I nie dacie sobie wmówić, że też wpadają na orzechy, gdy mróz przyciśnie? No i słusznie, bo one jednak zdecydowanie wolą skrawki słoninki. Ale sikorki – przy okazji sezonowego tematu o dokarmianiu zimowym – posłużą mi jako dowód na przydatność człowieka na Ziemi. Otóż przeczytałam ostatnio w jednej z gazet, że ptaszki te nalezy karmić nie dopiero zimą, gdy słupek rtęci zatrważająco się kurczy, ale już jesienią! Dlaczego? Bo wtedy “owady przechodzą w stan spoczynku”.  Jednym słowem, my ludzie powinniśmy czuwać czy owady przeszły już czy nie, i wtedy otwierać stołówki dla sikorek, bo inaczej one sczezną! Wymrą! Wyginą! Padną z głodu!

Po wejściu w stan posiadania tej wiedzy zamarłam – zdałam sobie sprawę, że od pójścia owadów na spoczynek do wiosennej ich pobudki, nawet gdy temperatury są dodatnie, sikorki padają jak muchy! A my głąby myślimy, że dopiero ostre śniegi i mrozy zagrażają ich życiu. Zgodnie z prawdą, jaką wyczytałam w tym roku, gdyby nie ludzie, sikorek nie byłoby na świecie, w którym pojawiają się zimy. To genialne uzasadninie naszego istnienia na planecie!

A może jednak to lekkie przegięcie? Może na szczęście sikorki nie czytają gazet i nie wiedzą, że bez człowieka od jesieni żyć nie mogą? Może myślą, że matka ziemia ma dla nich jeszcze nasionka, które nie przechodzą w stan spoczynku?

Przed daniem ostatecznej odpowiedzi warto przegryźć odrobinę orzechów. Bardzo poprawiają pracę mózgu. A potem owszem, wynieść ptakom jedzonko do karmnika i je (do)karmić.

Feromony na petardy

Zanim jeszcze nasze koty, psy, żółwie, papugi a zwłaszcza rybki zagadają ludzkim głosem w wigilijną noc, pomyślmy o nich. Sylwestrowo. Zwłaszcza o psach. Czas najwyższy, bo już zaczęły się  strzelania z petard,  a  w sylwestra nie obejdzie się bez łomotu pełną parą.
Kto ma psa dłużej niż rok, ten wie, czy jego zwierz ma stracha, gdy strzelają, czy nie ma. Jesli natomiast jeszcze nie znamy swojego pupila pod tym względem, własnie teraz można mu się baczniej przyglądać, jak reaguje na próbne popisy amatorów petard.
Jak się nie boi – nie ma sprawy. Zaznaczam, że ten rodzaj odwagi nie ma nic wspólnego z masą psa – mój 60-kilowy stróż moskiewski reagował na fajerwerki paniczną ucieczką pod łóżko lub, co gorsza, próbował mi wskoczyć na ręce!
Najlepszym lekarstwem na ten rodzaj psiego stresu jest bliskość właściciela-przyjaciela. Jeśli jednak wychodzimy z domu, dobrze jest psa zostawic w takim miejscu, gdzie będzie mógł się zaszyć w “kryjówce” – choćby właśnie pod łóżkiem. Ponieważ zwierzaki boją się też błysków, zasłońmy okna. A na spacerze – tego wieczora przyda się szczególnie długi i męczący – nie spuszczajmy ich ze smyczy – przestraszone hukiem mogą dać dyla i się zgubić lub wpaść pod koła samochodu.
Jeśli nie ma innego sposobu, można – za radą weterynarza – podać psu lek na uspokojenie. A są też specyfiki oparte na feromonach, które – wedle reklamy – mają wpływać kojąco na psią czy kocią psychikę i uodparniać tym samym na sylwestrowe ekscesy dźwiękowe. Takowy specyfik – uważam- można zakupić i … wypróbować go razem z pupilem. Może okaże się, że przypadkiem, bratając się z czworonogiem, znajdziemy sposób na stres.
Zaoszczędzimy na szampanie i radośnie powyjemy sobie razem w stronę nadchodzącego nowego roku.

Cztery łapy pod czterema kołami

Jeden był w kolorze kawy z mlekiem. Drugi czarny. Ten pierwszy miał krótkie spiczaste uszka. Ten drugi – rozwichrzone i kłapciate.
Oba były okropnie chude, ale jeszcze nie totalnie utytłane w listopadowym błocie, więc chyba należały do stosunkowo świeżych “wyrzutków”.
Oba oparły mi się łapkami o nogi, gdy stałam przy przejściu czekając na zmianę świateł. Miały tyle radości i ufności w ślepiach, że chwytało za serce. Gdybym nie miała już psów w domu, chyba zabrałabym je  z tej ulicy. Ale Wioletta Villas to ja jednak nie jestem – ani oktaw nie tyle, ani miejsca na zwierzaki.
Przeszliśmy więc razem przez pierwsze przejście przez ulicę. Potem przez drugie (nadal tańczyły wokól mnie jak dwie sprężynki) i wreszcie przez trzecie. 
Za każdym razem  strach mi stawał kością w gardle czy radosne maluchy nie wtańcują się prosto pod samochód, bo dwie z tych trzech ulic są bardzo ruchliwe.
Gdy nadjechał autobus, zostawiłam na przystanku dwie przeraźliwie smutne mordy.
Wróciło wspomnienie, jak kilka lat temu jechałam z dzieckiem rano do przedszkola. Kwadrans oczekiwania na autobus spędził z nami prześmieszny, czarny szczeniak. Skakał, wywracał się na grzbiet, robił ukłony i poszczekiwał zachęcając do zabawy. Na szyi miał obróżkę. I zero instynktu samozachowawczego – to było mgnienie oka, gdy wylądował na środku asfaltu. Huk… Trzask… Koszmarne drgawki ciałka, z którego uchodziło życie.
Zdążyłam tylko odwrócić dziecko do siebie, żeby przez kolejne dni nie miało przed oczami tego zabranego życiu, radosnego i ufnego stworzenia. Bo ja miałam. Jeszcze dziś mam…
Ciągle nie brakuje ludzi, którzy “wyprowadzają” psy na dwór wypuszczając je po prostu z domu, bez żadnej kontroli. Nie brakuje takich, którzy je wyrzucają.
Traktują je jak latawce, które jak się zerwą, to trudno. Jak się znudzą, to też nie problem.
Dlatego podoba mi się, że nowy kierownik schroniska (czytajcie Państwo na stronie Pupile), do którego trafiaja te kudłate życiowe połamańce, próbuje coś robić, żeby mniej było na ulicach (w przenośni i dosłownie) “wyrzutków” na czterech łapach . Chipy?..  Sterylizacja?.. Podatek?..
Rozwiązań - dróg do zwiększenia odpowiedzialności właścicieli za psy – może być kilka. Może dzięki nim będzie mniej zabitych zwierząt na ulicach, mniej pogryzionych dzieci, mniej niechcianych szczeniaków, których zaufanie zawodzimy.

Świeczka dla czworonoga

Czy jestem nienormalna, że w Zaduszki zapalam w ogródku lampki dla swoich zmarłych zwierząt?

Rozę, biało-czarnego owczarka szkockiego dostałam, gdy miałam 11 lat. Czego to jej sierść się ode mnie nie nasłuchała! Gdy umierała po 13 latach, żegnałam razem z nią swoje miasto i zaczynałam kolejny rozdział 300 km dalej.

Figa była długowłosym jamnikiem, którego odkupiłyśmy z przyjaciółką od  szurnietego faceta, który trzymał ją…. Na łańcuchu przy budzie! To ona asystowała przy pierwzej kąpieli mojego pierwszego dziecka.

Bojar – 60 kilo żywej wagi… Gdy biegł, ziemia drżała. Gdy wpadł pod autobus w Białym, powyginał w nim pręty. Pongo, kolejny owczarek szkocki w moim życiu, jak każdy pies tej rasy dostawał histerii, gdy wchodziliśmy do jeziora popływać. Pilnował nas, swojego stada, jak to pies pasterski swoich owiec. On złodzieja zalizałby na śmierć, ale Bojar jako ochrona domu był lepszy niż szwadron Gromu (tylko którego komandosa da się rozbroić drapaniem w brzuszek?)

A Maciek, kanarek, który śpiewał tak pięknie i przeżył trzy swoje muzy-kanarzyce? Wypuszczony z klatki siadał mi na ramieniu albo czochrał dziobkiem włosy.

A myszoskoczek córki? Raz przemarzł zostawiony w klatce przy oknie i nie dawał znaków życia. Masowałam mu serducho przez 2 godziny, chuchając, dmuchając, doświadczając „cudu” powrotu malucha między żywych…

A rudy jak wiewiórka króliczek miniaturka? Skakał na dzień dobry i biegał za mną po domu na tylnych łapach. On, jarosz, uwielbiał fasolkę po bretońsku – potrafił ukraść łyżkę z miseczki z naszym jedzeniem i biegać z nią po domu!

Wszystkie te stworzenia i wiele innych, które trafiły do mojej rodziny, umierały na moich rękach. Czasem tak, jakby czekały, że przyjdę do domu i je pożegnam… Gdy zaginęła kocica, która nas przygarnęła – bo to ona przyszła, popatrzyła w oczy, zamruczała (była niema) i została – nie mogłam przestać myśleć, że może wpadła pod przejeżdżającego tira, a mnie nie było, gdy umierała.

Może więc jestem nienormalna, ale zawsze będę zapalała światełko dla moim zwierząt. Krzywdy tym nikomu nie robię, a przez chwilę choć mi się  wydaje, że znowu drapię moich wiernych przyjaciół za uszami. W każdym z nich jest część mojego życia.

Spójrzmy prawdzie w mordę – pies to zwierzę.

Truizm? Znaczy się – oczywista oczywistość? Niestety nie – prawda bardzo często zapominana, albo jeszcze inaczej – lekceważona..

Kilka dni temu w warmińsko-mazurskiem uwiązany na podwórzu pies ciężko pogryzł roczne dziecko, które podeszło do niego, gdy matka zajęta była pracą w domu. Komunikat informuje od razu, ze rodzice malucha byli trzeźwi. Nieuwaga nie wynikała więc z ograniczenia umysłu ludzi alkoholem, tylko ze „zwykłego” zaniedbania.

Przypadek tak oczywisty w swoim tragizmie, że nie ma co nad nim filozofować.

Pomijając więc aspekty trudów wychowania dziecka, z całą miłością do pupili na czterech łapach, po raz kolejny trzeba przypomnieć: nawet wiele lat przebywający z nami pies, jest zwierzęciem. A jeszcze uwiązany do budy (patrz poprzednie rozważania na blogu Czarnej i Rudego) zazwyczaj nie jest wcieleniem łagodności. Pełni tradycyjną rolę stróża: spuszczony z łańcucha ma bronić gospodarstwa czyli swojego terytorium. Bardzo często złość jest w nim wręcz podsycana przez drażniących go ludzi, pewnych swego, bo przecież pies jest na uwiezi, to człowiekowi nie podskoczy! Często naprawdę toleruje tylko tego, kto mu podsuwa miskę. A roczny maluch, wykonujący nieskoordynowane często ruchy, łatwo może rozdrażnić zwierzaka, który nie jest z nim przecież głęboko zaprzyjaźniony, bo jak?

Zresztą – nie trzeba budy i łańcucha, żeby pies chciał capnąć dziecko zębami. I to nie  dlatego, że jest zły…

Pies moich znajomych to charakterny jamnik. Pani może mu wyjąć kość z mordy, odebrać ostatni kotlecik i nic. Z pyska jamnikowi bije, że zachwycony nie jest , ale rozumie, że przywódca to przywódca i ma swoje prawa. Bo akurat panią za przywódcę uznaje. Ale nie daj boże, żeby ową kostkę czy kotlecik chciał odebrać drugi pies mieszkający w domu lub nastoletnia córka pani domu. Według jamnika, zarówno drugi pies (choć przyjaciel) jak i dziecko (tak samo) są równorzędną z nim częścią stada i jamnior w obronie SWOJEJ kosci rzuca się z zębami tak samo na czworonoga jak i na córkę pani. Nie jest krwiożerczy. Po prostu chce skarcić.

Ten mechanizm trzeba znać. Bo to psi instynkt. Można temu zaradzić, można psa nauczyć, że nie wolno mu atakować dziecka jak drugiego szczeniaka, ale trzeba najpierw pamiętać, że jego wartościowanie jest inne niż ludzkie.

I to jeszcze jeden powód, dla którego musimy mieć świadomość, że pies w domu nie jest zabawką. Że odpowiadamy za niego pod wieloma więcej względami niż nam się to często wydaje. I naszych odrębności jako ssaków nie wolno lekceważyć. Nawet w stosunku do najbardziej ukochanego pupila.

Zabrać i zadbać

W ubiegłą niedzielę cała Polska szła po psy do schronisk. No może nie cała szła, ale cała była zachęcana. Przytomnie zachęcana. Ze wskazaniem, że nie wystarczy zabrać, trzeba potem jeszcze zadbać.

Bardzo mi się spodobał opis, jak to jedni z rodziców przygotowywali dziecko do opieki nad pieskiem, którego dziewczynka bardzo chciała. Otóż, przez trzy miesiące (czy jakoś tak) pilnowali, żeby trzy razy dziennie – świątek piątek czy niedziela, pada czy nie pada – mała wychodziła na dwór i dwa razy okrążała blok. Jakby chodziła z psem.

Czytaj dalej…